Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PIELĘGNACJA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PIELĘGNACJA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 maja 2013

Migdałowa pielęgnacja dłoni - The Body Shop, Almond Hand

Jakiś czas temu pokazywałam Wam krem do rąk z konopi The Body Shop (zobacz recenzję) z którego byłam bardzo zadowolona. Dzisiaj chciałabym przedstawić kolejny krem do rąk TBS w wersji migdałowej. Czy migdał sprawił równie dobre wrażenie, co zielony brat?
Almond Hand jest uniwersalnym i lekkim kremem do rąk. Pachnie apetycznie słodkimi migdałami. Krem ma rzadką konsystencję, szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Z drugiej strony, miałam wrażenie, że przez taką konsystencję był mniej wydajny. Nakładałam krem raz i po chwili musiałam ponowić aplikację. Używany regularnie sprawił, że moje dłonie były gładkie, miękkie. 
Krem TBS z migdałów sprawdzi się u osób, które lubią lekkie kremy i nie mają problemu z nadmiernie szorstką skórą. Ja potrzebuję mocniejszego nawilżenia. Migdał nie poradzi sobie z zimową pielęgnacją dłoni. Ot taki leciutki specyfik na lato. Dodaję plus za opakowanie, dzięki któremu nie zmarnujemy ani kropli kremu. Jednak zielony brat wygrał. Zdecydowanie polecam mniej przyjemny zapachowo, ale za to bardziej nawilżający Hemp Protector.   

Zapraszam do śledzenia nowości u mnie na facebook'u https://www.facebook.com/urodologia ;)

piątek, 3 maja 2013

Lotion do ciała z ziarnami wanilii - LUSH, Sympathy of the Skin

Uwielbiam wszelkie smarowidła do ciała, szczególnie w postaci maseł, dlatego nie mogłam odmówić sobie przetestowania specyfiku z mojej ulubionej firmy Lush. Co prawda, Sympathy of the Skin to nie masło, tylko lotion, ma bardzo rzadką konsystencję. Przed zakupem, w jego opisie najbardziej zaciekawiły mnie w małe ziarenka wanilii, lubię takie udziwnienia ;)
Sympathy of the Skin składa się z wanilii, olejku migdałowego, masła kakaowego i bananów organicznych. Lotion jest dosyć dziwnym specyfikiem. Po pierwsze ma dziwny zapach. Zapach jest bardzo naturalny i niesłodki. Mój ukochany porównał go do zapachu farb plakatowych i surowego ciasta drożdżowego. Po drugie miałam wrażenie, że lotion zmieniał konsystencję! Na początku był bardziej gęsty, a pod koniec opakowania smarowałam się prawie...wodą. Nie popsuł się w międzyczasie, poznałabym po zapachy, albo wysypce na skórze - na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.
Wracając do samego działania kosmetyku, balsam szybko się wchłania, nie pozostawia tłustej warstwy i nawilża na cały dzień. Niestety nie poradził sobie z najbardziej suchymi miejscami (u mnie są to łokcie i łydki). Wspomniane kawałki wanilii nie przeszkadzają podczas aplikacji. Nie wiem co się z nimi dzieje, bo nie pozostają widoczne na skórze. Może odpadają? Nie wiem...
Podsumowując, Sympathy of the Skin jest ...sympatyczny, ale nie jest ideałem. Spodoba się fankom naturalnych zapachów i kosmetyków, z nie przesuszoną skórą. Opakowanie 240 ml wystarczyło mi na niecały miesiąc używania raz dziennie. Klasyczne masła są dla mnie wydajniejsze, może to przez tę konsystencję nakładałam go za dużo. Lotion kosztuje 10,75£, sporo ponad 50 zł. Raczej go więcej nie kupię, może Karma albo Dream Cream będą lepsze. Gdyby nie zmieniał konsystencji i odrobinę mocniej nawilżał, mógłby zostać moim ulubieńcem.

niedziela, 7 kwietnia 2013

SOAP&GLORY, The Righteous Butter - (prawdopodobnie) najlepiej pachnące masło na świecie!

Markę Soap&Glory poznałam w zeszłym roku. Moimi pierwszymi kosmetykmi tej firmy były peeling Flake Away i żel pod prysznic Clean On Me. Ostatnio udało mi się kupić kilka nowych produktów tej firmy, między innymi, masło The Righteous Butter. Masło pochodzi z tej samej linii zapachowej, co Flake Away i Clean On Me. 
Masło pachnie podobnie jak perfumy Miss Dior Cherie, czyli pięknie! Słodko, różowo, ale nie tandetnie. Uwielbiam to masło, za to, że jego zapach pozostaje na skórze prawie cały dzień! Subtelnie, z każdą godziną coraz delikatniej, ale pozostaje. Nie tylko długo pachnie, ale także na długo nawilża skórę. Co prawda pozostawia, nazwijmy to, ochronną warstwę, która się nie klei i kompletnie mi nie przeszkadza. The Rigteous Butter jest na bazie masła shea, ale dalej ...znajdziemy połowę tablicy Mendelejewa. Zdecydowanie nie polecam tego produktu fankom naturalnej pielęgnacji. Mi to nie przeszkadza, kocham go za zapach i nawilżanie.
Masło Soap&Glory jest dość spore, ma 300 ml. Używam go od miesiąca, często dwa razy dziennie i pozostało mi go mniej, niż połowa. Resztę odłożę na później, na cieplejsze dni. Udało mi się go kupić na promocji w Bootsie. Reguralna cena w Boots UK wynosi 10,50£.

Lubicie gęste masła, tak jak ja, czy wolicie lżejsze balsamy? 

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

YVES ROCHER, Maseczka rewitalizująca z granatem

Jakiś czas temu, z okazji promocji -50%, skusiłam się na zakup maseczki rewitalizującej z Yves Rocher. Maseczka z dodatkiem granatu ma za zadanie w 3 minuty dodać twarzy świeżości i blasku. Hmm... czy na pewno?
Maseczka ma konsystencję gęstego żelu. Pachnie słodko, lekko chemicznie. Zapach mi się nie podoba, a YR ma czasem talent do zapachów (patrz: malinowa płukanka). Maseczkę należy nałożyć na twarz i zmyć po trzech minutach. Maseczkę trzymałam trzy minuty. Trzymałam ją pięć minut, a nawet i dziesięć - a healthy glow, jak nie było, tak nie ma. Postanowiłam spisać ją na straty, a tu nagle... Wstaję rano po imprezie, a moja skóra zde-cy-do-wa-nie potrzebuje orzeźwienia i wtedy postanowiłam wsadzić maseczkę do lodówki. Zimna maseczka szybko poprawiła ukrwienie twarzy i wygląd skóry. Taki trik możemy zastosować z KAŻDĄ maseczką, nie trzeba kupować tej :) Chociaż przyznam, że żelowa konsystencja świetnie nadaje się do chłodzenia. 

Podsumowując, maseczki więcej nie kupię. Jeżeli któraś z Was ją ma i nie wie, co z nią zrobić, proponuję schować ją do lodówki :)

wtorek, 26 marca 2013

Lawendowa Farma, Plastelinka Muminka - naturany czyścik do twarzy

Ostatnio opisywałam miodowo-lawendowe mydełko z Lawendowej Farmy. Dzisiaj przyszła pora na bardzo ciekawy kosmetyk - Plastelinkę Muminka. Jest to naturalny, migdałowo-lawendowy czyścik do twarzy stworzony przez Panią Ewę. Kupiłam go ze względu na uroczą nazwę i podobieństwo do Angels on Bare Skin firmy Lush. Plastelinkę Muminka używałam przez prawie dwa miesiące, teraz testuję Aniołki.
Plastelinka Muminka składa się z glinki kaolinowej, mączki migdałowej, gliceryny, kawałków kwiatu lawendy i olejku lawendowego. Używałam jej jako porannego czyścika  ok. 3 razy w tygodniu. Czyścik ma za zadanie wygładzić, odświeżyć, oczyścić i nawilżyć skórę. Plastelinka spełnia swoje zadanie. Przy regularnym stosowaniu, co drugi dzień, skóra w ogóle nie wymagała dodatkowego złuszczania. Jak używać tego cudaka? Trzeba wziąć kawałek plastelinki i rozetrzeć ją na pastę z odrobiną wody. Gotową papkę nakładamy na twarz i chwilę trzymamy, po czym należy ją zmyć letnią wodą. Pani Ewa zaleca trzymanie jej nawet 15 min. Ja ograniczyłam się do 2 - 3 min. podczas mycia zębów :)
Czym różni się Plastelinka Muminka od lushowych Angels on Bare Skin? Muminki mają grubsze kawałki migdałów i są bardziej twarde. Aniołki są miękkie, mają mocno zmielone migdały, łatwiej jest przygotować pastę i nałożyć ją na twarz. Muminki pachną delikatniej, jak jedzenie/ciasto z odrobiną lawendy. Aniołki pachną intensywnie lawendą, bardziej ziołowo. Oba zapachy mi się podobają. Muminki mają krótszy i bardziej naturalny skład. Na twarzy oba produkty działają praktycznie tak samo. Plastelinka Muminka pozostawia po zmyciu film, który znika po osuszeniu buzi ręcznikiem. 50g Plastelinki kosztuje 11 zł. 100g Angelsów kosztuje ok. 30 zł. Muminki mają termin ważności 2 miesiące, a Aniołki 3 miesiące. Oba produkty mi się podobają i są dobre, ale który lepszy,  zadecyduję jak skończę testować Angels on Bare Skin.
Plastelinka Muminka  vs  Angels on Bare Skin
Tytułową Plastelinkę Muminka polecam i pewnie kiedyś do niej wrócę przy okazji zamówienia z Lawendowej Farmy. Plastelinka jest naturalna, niedroga i działa. Postawiła Lushowi wysoko poprzeczkę :)  Plastelinkę i inne dobrocie można kupić na stronie lawendowafarma.pl.

piątek, 22 marca 2013

La Roche-Posay, Hydreane Legere - Lekki krem nawilżający

Przez ostatni miesiąc odstawiłam mój ulubiony krem do twarzy DayWear na rzecz lekkiego kremu nawilżającego Hydreane Legere od La Roche-Posay. Do zakupu skusiła mnie promocja 39 zł w Super-Pharm. Poza tym potrzebowałam dobrego nawilżacza na wyjazd. 40 ml starczyło mi na ponad miesiąc, przy czym przez dwa tygodnie krem był nakładany kilka razy dziennie na twarz i dekolt. Poza nawilżaniem, krem nie robił nic więcej, ale takie jego zadanie :) 
Krem sprawdził się w wielu sytuacjach: jako krem na dzień pod makijaż, jako nawilżacz po opalaniu i na noc oraz krem na dzień noszony bez makijażu. Hydreane sprawdził się w każdej z wymienionych sytuacji, ani razu mnie nie zapchał i nie dopuścił do wysuszenia skóry. Miałam bardzo ładną cerę podczas stosowania Hydreane. Jedyne czego mi w nim brakuje, to filtru przeciwsłonecznego, co dyskwalifikuje go do noszenia "solo" latem. Widziałam, że pojawił się w serii Hydreane krem BB z filtrem SPF 20, zamierzam przetestować go podczas lata, o ile lato nadejdzie. Wracając do Hydreane Legere, krem ma lekką konsystencję, łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Twarz nie świeci się po nim. Zapach jest świeży, podobny do zapachu innych, aptecznych kremów. Krem jest warty polecenia, planuję kupić go ponownie.

Jakie są Wasze ulubione nawilżacze? Może znowu spróbuję czegoś nowego :)

wtorek, 19 lutego 2013

The Body Shop, Krem do rąk Hemp Hand Protector

Zima się już prawie kończy (mam nadzieję!) więc chciałabym pokazać Wam co ratowało moje dłonie podczas mrozów. W tym roku, był to Hand Hemp Protector z The Body Shop. Krem do rąk z konopi. Brzmi dziwnie? Trochę tak, sama bym pewnie po niego nie sięgnęła, a szkoda! Bo jest bardzo dobry. Dostałam go w zestawie z innymi kremami z TBS.
Krem jest bardzo gęsty i treściwy, a jednak łatwo się rozprowadza. Pozostawia na skórze ochronną i wygładzającą warstwę, ale nie klei się i nie jest tłusty. Przy reguralnym stosowaniu widzę poprawę stanu skóry dłoni. Ręce są gładkie i nawilżone. Jedynym minusem jest zapach, który nie jest za piękny. Konopijno-ziołowy, dziwny.
Pod względem działania mogę porównać Hemp Protector do kremu do rąk z masłem shea L'Occitane. Różnią się ceną i zapachem. L'Occitane zdecydowanie ładniej pachnie i jest dwa razy droższy. Stawiam Hemp Protector na drugim miejscu wśród moich ulubionych kremów do rąk, zaraz za L'Occitane. Hemp Hand Protector kosztuje w The Body Shop 30 ml ok. 22 zł/100 ml ok. 45 zł. Ja mam wersję 30 ml, która starczyła mi na dwa miesiące. Krem jest bardzo wydajny, wystarczy odrobina, aby doskonale nawilżyć dłonie.

Do wypróbowania pozostały mi jeszcze dwa inne kremy z The Body Shop. Dam znać jak się sprawdziły :) Czym chronicie dłonie przed mrozem, oprócz rękawiczek ;) ?

środa, 13 lutego 2013

LUSH, Cosmetic Warrior Fresh Face Mask

Po raz kolejny miałam przyjemność testować świeżą maseczkę firmy Lush. Tym razem zamówiłam Cosmetic Warrior, która ma zwalczyć niedoskonałości i łagodzić podrażnienie cery. Na przetestowanie maseczki miałam dwa i pół tygodnia. Świeże maseczki z Lusha mają krótki termin ważności, trzy tygodnie. Maseczkę trzeba przechowywać w lodówce.


Bazą maseczki jest glinka kaolinowa, którą bardzo lubię i świetnie działa na moją cerę. Winogrona mają za zadanie oczyścić cerę, miód i jajka wygładzić i zmiękczyć skórę, a świeży czosnek i olejek z drzewa herbacianego działają antyseptycznie. 


Maseczkę używałam co dwa, trzy dni. Starczyło mi jej idealnie do końca terminu ważności. Konsystencja kosmetyku, to gęsta pasta, która zawiera kawałki winogron i czosnku. Maseczkę łatwo się nakłada. Trzymałam ją ok. 7 - 10 minut. Trochę poprawiła stan mojej cery i ograniczyła pojawianie się nieprzyjaciół na twarzy. Plus za działanie, ale minus za zapach. Połączenie czosnku i olejku z drzewa herbacianego może działa na skórę, ale mój nos przechodził katuszę. Napiszę wprost, Cosmetic Warrior jest śmierdziuchem.


Jakiś czas temu pisałam o innej, świeżej maseczce z Lusha Oatifix(klik!). Moim faworytem nadal pozostaje Oatifix, która pięknie pachnie owsianką i bananami. Testowałyście maseczki z Lusha? Polecacie któreś? Może same umiecie przyrządzić takie świeże cuda?

sobota, 19 stycznia 2013

PAT&RUB, Pomarańczowy Peeling i Balsam do Ust

Markę Pat&Rub pokochałam w zeszłym roku. Jak miłe było moje zaskoczenie, gdy na Mikołajki dostałam zestaw pielęgnacyjny do ust tej marki. W świątecznym zestawie znalazłam pomarańczowy peeling i balsam do ust. Obydwu produktów używam codziennie od ponad miesiąca, więc co nieco mogę już o nich powiedzieć.


Peelingu używam codziennie po wieczornej kąpieli, czasem po porannej, albo jak wrócę z pracy i już nie mogę się doczekać, żeby się nim wysmarować ;) Kiedyś myślałam, że to zbędny kosmetyczny gadżet, ale zaręczam, że tak nie jest! Nic nie wygładzi ust, tak jak ten peeling. Jednocześnie jest delikatny i nie podrażnia wrażliwej skóry warg. Cukier z brzozy zanurzony w olejkach sprawia, że usta są wygładzone, miękkie i nawilżone. Nie trzeba ich dodatkowo niczym nawilżać. Nie jestem maniaczką składów, ale tym składem jestem po prostu zachwycona. Peeling jest wykonany tylko z naturalnych składników, a cały skład to: ksylolit - cukier z brzozy, olej sojowy, masło pomarańczowe, olej annatto i olejek pomarańczowy. Co więcej, peeling jest całkowicie jadalny, a ksylolit zapobiega próchnicy. Ostatnio peeling do ust Pat&Rub otrzymał nagrodę od miesięcznika Uroda "Najlepsze dla urody 2012".


Pomarańczowego balsamu do ust używam kilka razy dziennie. Co prawda, nie noszę go w torebce (nie chcę wiedzieć ile paprochów by się dostało do środka gdybym to robiła). Balsamik stoi w łazience i używam go kilkukrotnie w ciągu dnia. Jest dosyć twardy, ale pod wpływem ciepła palców delikatnie rozpuszcza się i świetnie rozprowadza. Usta są po nim mięciutkie i dobrze nawilżone. Nie wysusza ust, co zdarza się czynić podobnym balsamom. Balsam składa się z masła pomarańczowego, oleju jojoba, masła mango, oleju rycynowego, wosku pszczelego, oleju annatto i olejku pomarańczowego. Kolejny produkt w 100% naturalny.


Nie napisałam jeszcze, o pomarańczowym zapachu, gdyż chciałam zostawić to na koniec. Oba produkty są naprawdę z pomarańczy, są smakowite i rewelacyjnie pachną pomarańczami. Kiedy ich używam czuję się mniej-więcej tak:

depositphotos.com

sobota, 29 grudnia 2012

The Body Shop, Masło do Ciała Ginger Sparkle

Linia zapachowa Ginger Sparkle pochodzi z limitowanej, świątecznej serii The Body Shop. Na imbirowo-cynamonowego ciastka polowałam odkąd pojawił się w sklepach, czyli od prawie dwóch miesięcy. Bardzo lubię masła do ciała z TBS. Przetestowałam już kilka wersji i na żadnej się nie zawiodłam. Co więcej, żadnej nie kupiłam w pełnej cenie. Zawsze czekam na zimowe lub wakacyjne wyprzedaże. Wtedy wybrane zapachy i limitki można nabyć za 50% ceny wyjściowej. Tak było i tym razem. Poczekałam cierpliwie do 27 grudnia, żeby szybciutko pobiec do sklepu. W pierwszym TBS, który odwiedziłam okazało się, że ciastek został wyprzedany już przed świętami. Na szczęście w drugim było go całkiem sporo :D


Zdążyłam się nim już kilka razy wysmarować. Doskonale nawilża skórę na całą dobę! Dodatkowo skóra jest miękka i gładka. Masełko jest na bazie masła shea (drugie miejsce w składzie, po wodzie), które świetnie działa na moją skórę. Łatwo się rozsmarowuje, wchłania się, ale pozostawia delikatną warstewkę na skórze. Nie wszyscy to lubią, ja akurat tak :) Konsystencja smarowidła rzeczywiście przypomina masło. Jest bardzo mięciutkie, a jak weźmiemy je do góry nogami, nie zmienia swojego położenia. Zapach dosyć długo utrzymuje się na skórze. Pachnie imbirowo-cynamonowo. Bardziej słodko, niż korzennie. Przypomina mi zapach cynamonowej gumy do żucia Wrigley's Big Red. 


Imbirowy ciastek przypomina mi również rozgrzewające masło do ciała Pat&Rub. Ciastek pachnie bardziej słodko i troszeczkę lepiej nawilża. Masło z Pat&Rub wygrywa pod względem naturalnego składu i pięknego, korzennego zapachu.

Masło do ciała o pojemności 200 ml kupiłam w sklepie The Body Shop za 35 zł. Jeżeli uda mi się załapać jeszcze na promocję, chciałabym kupić wersję malinową lub z orzechem brazylijskim. Pozostałe świąteczne zapachy żurawina i wanilia też pięknie pachną. 

Lubicie masełka z The Body Shop? Jakie są Wasze ulubione zapachy? 

piątek, 28 grudnia 2012

PAT&RUB, Rozgrzewające Masło do Ciała + Zimowa Herbata

Po ostatnim zakochaniu w rozgrzewającym olejku z Pat&Rub, przyszła pora na rozgrzewające masełko :) Jako miłośniczka maseł do ciała, po powąchaniu olejku, od razu zamówiłam jedną sztukę z tej serii. Zapach, tak jak w przypadku olejku, obłędny. Połączenie cynamonu, imbiru, goździków i szałwii jest ostatnio moim ulubionym.


Masło przypomina w konsystencji śmietanę i ma idealnie biały kolor. Rozprowadza się bardzo dobrze i dosyć szybko wchłania. Zapach utrzymuje się na skórze około godziny. Codziennie stosuję mój rytuał - rano masło, wieczorem olejek. Masełko nawilża skórę bardzo dobrze. Używam go ponad miesiąc i już mi się kończy. Nie wiem czy to kwestia wydajności, czy faktu, że smaruję się nim baaardzo obficie. Gdyby nie kosztowało 69 PLN, to bym się w nim wykąpała ;) Na szczęście jest go troszeczkę więcej niż w standardowych masełkach - 225 ml.


Cyba nie muszę dodawać, że masełko, tak jak reszta kosmetyków Pat&Rub jest wykonane 100% z naturalnych składników. Kosmetyk jest wykonany z mieszanki maseł - shea, kakaowego, oliwkowego i awokado. Za nawilżenie wygładzenie i ujędrnienie odpowiadają: woda cytrynowa, olej babasu i kokosowy witamina E oraz olejki cynamonowy, imbirowy i goździkowy. Masło nie zawiera składników pochodzących z ropy naftowej, siarczanów, glikolu, propylenowego i pegów oraz barwników, konserwantów i sztucznych zapachów.


Bardzo lubię serię rozgrzewającą z Pat&Rub, jest idealna na zimę. Marzy mi się jeszcze peeling i krem do rąk z tej serii, ale kremów do rąk trochę mam, a peeling z Soap&Glory nie chce się skończyć ;) Ostatnio Pat&Rub'owe masełko zainspirowało mnie do zrobienia zimowej herbaty z imbirem i goździkami. 


Przepis jest bardzo prosty. Robię zwykłą, czarną herbatę lub z odrobiną karmelu Winter Dream od Ronnefeldt. Dodaję imbir, goździki, pomarańcze i cytryny. Dla zdrowia i smaku dodaję łyżeczkę miodu. Czasem dorzucam też odrobinę mielonego kardamonu. Ostatnio się skończył i ciągle zapominam kupić, więc wersja bez też jest pyszna :)

Czy Was też kosmetyk zainspirował w kuchni? Mi zdarzyło się to pierwszy raz ;)

niedziela, 23 grudnia 2012

Bath & Body Works, świąteczno-zimowe mydła antybakteryjne do rąk

Ostatnio opowiadałam Wam o świeczkach z Bath&Body Works. Dzisiaj chciałam przedstawić zapchy świąteczno-zimowe mydeł antybakteryjnych, bo za trzy dni mój post będzie przeterminowany ;) Przedstawione zapachy występują również w świeczkach, balsamach, żelach pod prysznic, żelach antybakteryjnych itd. Moim ulubionym produktem z B&BW są mydła do rąk i tylko je tam ostatnio kupuję. 


Pierwsze trzy mydełka są w formie pianki - Gentle Foaming Hand Soap. Bardzo przyjemne podczas mycia rąk i nie wysuszają skóry. Już o nich wspominałam przy okazji ogólnego postu o Bath&Body Works. Wybrałam następujące zapachy:

Vanilla Bean Noel - połączenie wanilii i karmelu. Słodki, ale nie za słodki. Przypomina mi zapach śmietanki do kawy w proszku.
Candy Cane Bliss - bardzo słodki zapach, połączenie kandyzowanej wanilii i mięty pieprzowej. Pachnie dokładnie tak, jak świąteczne łakocie o tej samej nazwie.
Winter Spiced Vanilla - pachnie jak aromat waniliowy do ciasta. Przyjemny, ale szału nie ma.

 
Kolejne trzy mydełka jakie wybrałam, to Deep Cleansing Hand Soap - głęboko oczyszczające mydła do rąk. Mydła mają formę gęstego żelu z lekko peelingującymi drobinkami. Bardzo podoba mi się ich forma, szkoda, że na razie nie są dostępne w Warszawie. Wybrane przeze mnie zapachy to:

Winter Candy Apple - zapach kandyzowanych jabłek ze szczyptą cynamonu i pomarańczy. Świeży i świąteczny, jeden z najładniejszych z tej serii.
Winter Cranberry - mieszanka z żurawiny, jabłek i czarnych porzeczek. Zapach świeży i apetyczny. Zdecydowanie owocowy i brak w nim wszechobecnej wanilii ;)
Iced Ginger Bread - pachnie dokładnie jak piernikowy ciastek! Połączenie imbiru z cynamonem jest ostatnio moim ulubionym połączeniem zapachowym. Chyba najbardziej świąteczny zapach ze wszystkich, które wybrałam. Mój faworyt, bardzo oryginalny zapach.



Na koniec chciałabym życzyć Wam 

Wesołych Świąt!

http://myvintagemending.blogspot.com/

czwartek, 20 grudnia 2012

LUSH, Bûche de Noël - witajcie Święta i ładna skóro!

Bûche de Noël jest tradycyjnym ciastem spożywanym w czasie świąt Bożego Narodzenia we Francji i innych krajach. Bûche de Noël to również pasta do czyszczenia buzi firmy Lush. Jest to jeden z pierwszych produktów Lusha z którymi miałam do czynienia. Nasz miłość rozpoczęła się wraz z pierwszym otwarciem czarnego pojemniczka i ...powąchaniem zawartości :) Witajcie Święta!


Pasta składa się ze zmielonych migdałów, glinki kaolinowej, suszonej żurawiny, świeżej satsumy, masła kakaowego oraz kropli Brandy. Jak ta mieszanka obłędnie pachnie! Jak połączenie makowca z żurawiną i wszystkimi słodkościami, które się spożywa podczas Świąt :) Żeby było jeszcze bardziej ciekawie, całość zawinięta jest w algi nori. Same dobre i naturalne pyszności. Witaj piękna skóro!

  
Pasta jest świeża, jej termin ważności wynosi 3 miesiące od daty produkcji. Używam jej od ponad dwóch miesięcy. Jej ilość jest proporcjonalna do terminu ważności. W czarnym pudełeczku znajduje się 100 g produktu. Kupiłam ją z zamiarem używania, jako produkt do demakijażu. Niestety w moim przypadku, zdecydowanie się do tego nie nadaje. Jest za to świetna jako poranny czyścik, który stosuję ok. trzy razy w tygodniu. Pasta jest łatwa w użyciu, wystarczy wyjąć kawałek z pojemnika i rozrobić ją z odrobiną wody. Jest delikatna, pomimo zmielonych migdałów, nie przypomina peelingu. Czyścik sprawia, że skóra jest delikatnie oczyszczona i wygładzona. Usuwa złuszczony naskórek, suche skórki, oczyszcza pory i absorbuje nadmiar sebum. Przy regularnym stosowaniu widzę poprawę stanu skóry. Czasem nakładam BDN i pozostawiam na chwilę na buzi, jako ekspresową, poranną maseczkę podczas mycia zębów ;) 


Pasta Bûche de Noël jest dostępna raz do roku wraz z limitowaną kolekcją świąteczną. Jej produkcję Lush rozpoczyna już we wrześniu. Podobno jej całorocznym odpowiednikiem jest Angels on Bare Skin. Nie wiem, jeszcze nie testowałam :) Bûche de Noël przetestowałam, polecam i kupię ponownie za rok.

Testowałyście Bûche de Noël? Może polecacie inne czyściki firmy Lush lub znacie ich odpowiedniki dostępne na polskim rynku?

piątek, 14 grudnia 2012

ALVERDE, masło do ciała z Makadamią i masłem Karite

Jakiś czas temu, na początku października zrobiłam u mamy zamówienie z niemieckiego DM. Wśród zamówionych kosmetyków znalazło się masło do ciała firmy Alverde z makadamią i masłem Karite. W śródowisku blogerek marka Alverde słynie z dobrych produktów do włosów. Alverde jest odpowiednikiem rossmanowskiej Alterry. 


Może najpierw zacznę od plusów tego masełka... Podoba mi się jego opakowanie, ponieważ uwielbiam wszystko w słoiczkach itd. Podoba mi się jego konsystencja gęstej śmietany. Przyjemna, dobrze się rozprowadza. Podoba mi się jego idealnie biały kolor. To by było na tyle plusów.

  
Co mi się nie podoba w tym mazidle? Najbardziej nie podoba mi się to, że masło nie nawilża mojej skóry tak, jak bym chciała, czyli od rana do wieczora minimum. Po użyciu rano tego specyfiku, moja skóra wieczorem była lekko przesuszona. Nie zdarzyło mi się to nigdy wcześniej z innym masełkami np.: z The Body Shop lub Pat&Rub. Poza tym, masło Karrite jest daleko w składzie na 8 miejscu. Wcześniej są rożne alkohole i gliceryna. Dodatkowo nie podoba mi się jego zapach. Może jakbym nie miała suchej skóry masełko lepiej by się u mnie sprawdziło? Nie wiem, może... Masło jest przeznaczone do bardzo suchej skóry, więc uważam, że nie spełniło swojego zadania.

sobota, 8 grudnia 2012

PAT&RUB, Rozgrzewający olejek do ciała

Jakiś czas temu pod wpływem zachwytu marką PAT&RUB i ciekawości jak pachnie seria rozgrzewająca zamówiłam olejek do ciała. Nie mam zbyt dużego porównania, bo wcześniej używałam tylko jeden produkt tego typu z Alterry. Co więcej, kiedyś unikałam wszelkiego rodzaju olejków, wierząc, że wszystko się do nich klei, zapychają i nic więcej nie robią. Z olejku Alterrowego byłam zadowolona, czy jestem z tego? Sami zobaczcie ;)


Taaaak! jest świetny, jestem bardzo zadowolona. Pachnie oszałamiająco. Jest to korzenno-słodkawy zapach. Idealny na zimę. Po użyciu olejek nie brudzi ubrań, nie pozostawia tłustych plam i wchłania się dosyć szybko. Moja skóra lubi go pić :) Wcześniej myślałam, że olejki tylko natłuszczają nie nawilżają - a jednak! Pat&Rubowy olejek świetnie sobie radzi z wieczornym nawilżaniem mojej skóry. Dodatkowo po wchłonięciu skóra jest miękka i elastyczna.


W wygodnej, szkanej buteleczce z pompką zamknięta jest kompozycja różnego rodzaju olejów - z oliwek, babassu, jojoba, cynamonu, imbiru, goździka oraz szałwi. Same pyszności :) Wszystkie posiadają certyfikaty ekologiczne. Olejek raczej rozgrzewa zmysły niż skórę - nie zauważyłam efektu rozgrzewającego. Zapach i działanie olejku tak bardzo mi się spodobały, aż zamówiłam masło do ciała z tej samej serii. Wracając do olejku, kupię go ponownie.


Olejek kosztuje na stronie patandrub.pl 65 PLN. Kupiłam go na promocji, za ok. 55 PLN. Warto śledzić stronę, często pojawiają się promocje. Seria rozgrzewająca jest nie dostępna w Sephorze. Lubicie Pat&Rub? Znacie linię rozgrzewającą?  

czwartek, 6 grudnia 2012

LUSH, Sandy Santa - Mikołaj na mikołajki :)

Dzisiaj z okazji mikołajek napiszę o Piaskowy Mikołaju firmy Lush. Sandy Sanda to cukrowy peeling z kolekcji świątecznej. Pachnie przyjemnie, nawet nie wiem jak opisać i do czego porównać ten zapach. Jest to połączenie olejku różanego z sandałowym i pomarańczowego. Peeling ma formę mikołaja w czerwonej czapce. Jest twardy, ale kruszy się.



Mikołaj jest mocnym i ostrym peelingiem. Świetnie poradzi sobie z piętami i łokciami. Na resztę ciała używam go nie częściej niż raz na tydzień, bo jest naprawdę bardzo ostry. Dzięki zawartości olejków, które rozpuszczają się pod wpływem wody, skóra pozostaje po kąpieli nawilżona. Jedyny problem z cukrowym Mikusiem, to sposób aplikacji. Ciężko ułamać od niego kawałek, bo jest bardzo twardy. Próbowałam peelingować się nim bezpośrednio, ale wtedy zaczyna się rozpuszczać. Rozpuszczone olejki nie zasychają spowrotem i mój Mikołaj ma żółte, rozmemłane plecki...


Najlepszym sposobem użycia byłoby pokruszenie go i przechowywanie w pojemniku. W tym celu kupiłam specjalną lushową puszeczkę. Jednak szkoda mi było kruszyć Mikołaja, więc używam jej do przechowywania go. W celu użycia odkrajam kawałek Mikołaja nożem :)

Sandy Santa kosztował mnie, w przeliczeniu z dolara, ok. 21 PLN. Cieszę się, że miałam okazję go przetestować, ale nie kupię go ponownie. Jest niewygodny w aplikacji i dla mnie trochę za ostry.  

niedziela, 2 grudnia 2012

LUSH, Karma Komba - dobra karma dla włosów

W zeszłym miesiącu zamówiłam kilka produktów z Niemiec. Wśród nich znalazł się szampon firmy Lush. Zainteresowała mnie jego ciekawa forma. Wcześniej nie widziałam szamponu w ...kostce. Nie byłam pewna jak się za nią zabrać i czy to w ogóle umyje mi włosy. Jednak udało się i moja niepewność zamieniła się w sympatię.


Moje pierwsze wrażenie: wygląda i pachnie dziwnie. Zapach z początku mnie irytował szczególnie, że długo utrzymuje się na włosach. Umyte włosy rano pachną do wieczora. Zapach Karmy, to połączenie trawy cytrynowej, lawendy i paczuli. Mi trochę przypomina India-shop. Po kilku myciach zapach przestał mi się kojarzyć z kadzidełkiem i bardzo się polubiliśmy :)


Kolejnym zaskoczeniem było to, że szampon niesamowicie się pieni. Wiem, że to zasługa SLS pierwszego w składzie, ale umówmy się - bez tego w ogóle by nie umył włosów! Kostka świetnie oczyszcza włosy, uzyskujemy efekt squeaky-clean hair. Podobno ma zapobiegać plątaniu włosów, ale moim zdaniem/na moje włosy, bez odżywki się nie obejdzie. Karma Komba nie obciąża włosów i lekko odbija je od nasady. Delikatnie nadaje objętość bez plątania włosów.


Używałam go miesiąc, zużyłam ok. połowy. Wbrew pozorom jest wygodny w użyciu. Szampon trzeba suszyć w pozycji pionowej, aby nie przykleił się do pudełka. Ja zamówiłam dedykowaną, lushową puszeczkę. Myślę, że tak samo sprawdzi się mała miseczka lub kokilka. Puszka jest wygodna do transportu kostki.

A tak wyglądała moja karma po miesiącu...


Szampon kupię ponownie, ale najpierw chciałabym przetestować inne wersje kostki - New i Seanik. Mój szampon kupiony w DE kosztował ok. 40 PLN. Jeżeli kupimy go w UK będzie kosztował trochę taniej ok. 27 PLN. 

wtorek, 20 listopada 2012

LUSH, Oatifix Fresh Face Mask - maseczka z owsianki i bananów

Oatifix to moja pierwsza świeża maseczka z Lush. Dzisiaj mija jej termin ważności, co oznacza pożegnanie się z tym cudownym produktem. Maseczki z Lush'a mają bardzo krótki termin ważności - 3 tygodnie. Maseczkę należy przechowywać w lodówce. Moja przyleciała do mnie wraz z zamówieniem z Chicago. Miałam tylko dwa tygodnie na zużycie jej.


Używałam maseczki prawie codziennie. Jest jej dość sporo, jak na tak krótki termin ważności, 60 g. Pierwsze wrażenie zapachowe - nie spodobała mi się ...ale do czasu :) Wystarczyło nałożyć ją na dwa razy na twarz i zdążyłam się zakochać ;) Nie tylko w zapachu, ale także w jej działaniu. 



Maseczka ma za zadanie nawilżać, koić i redukować zaczerwienienie. Potwierdzam takie działanie maseczki. Najbardziej spodobało mi się, że maseczka rzeczywiście zredukowała podrażnienie i zaczerwienienie skóry, z którymi zmagam się w sezonie grzewczo-kaloryferowym. Maseczka przyjemnie chłodzi, ale to efekt trzymania jej w lodówce :) Na twarzy maseczka wygląda, tak jak się nazywa, jak miks owsianki z bananami. 


W czarnym, Lushowym pojemniczku znajdują się prawie tylko naturalne składniki. Same dobrocie :) Poza wymienioną owsianką i bananami, do maseczki dodano zmiksowane migdały, wanilię, olejek migdałowy oraz glinkę kaolinową. Dodatkowo, maseczka nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego.

Jestem bardzo zadowolona z maseczki. Na pewno kupię ją ponownie. Oatifix kosztowała w USA 6,95 $ + tax. Chciałabym przetestować inne, świeże maseczki z Lush'a, więc będę miała dylemat czy zamówić to cudo, czy przetestować inną ;)

niedziela, 18 listopada 2012

NIVEA, Lip Butter - Raspberry Rose & Vanilla Macadamia

Wczoraj skusiłam się na nowe smakołyki od Nivea. Pomadki Nivea są znane od lat na polskim rynku. Dawno ich nie używałam, ale pojawienie się na rynku masełek skusiło mnie do zakupu :) Uwielbiam kosmetyki, które są w słoiczkach, puszeczkach itp.


Masełka dostępne są w czterech wersjach zapachowych: Carmel Cream, Raspberry Rose, Vanilla & Macadamia i klasycznej Smooth. Ja wybrałam wersję malinową i waniliową.



Vanilla & Macadamia pachnie smakowicie, jak waniliowo-czekoladowe ciasteczko. Raspberry Rose pachnie świeżo i owocowo. Trochę słodko, trochę kwaskowato, jak chemiczne maliny. Moim faworytem jest wersja waniliowa. Zapachy są delikatne i nie czuć ich, kiedy są na ustach. To dobrze, bo malina mogłaby mnie trochę drażnić.


Oba masełka mają takie same składy, różnią się tylko zapachami. Są kremowe i dosyć miękkie. Mają konsystencję półtwardego masła. Tworzą na ustach lekko tłustą, ale nie klejącą warstwę. Kupiłam je w Super-Pharm na promocji za 7,99 PLN sztuka. Regularna cena to 10,99 PLN.